Więzień z celi numer 8 – świadectwo Adriana cz.1

nadziejaJa więzień z celi numer 8,
Poraz kolejny spoglądam zza krat,
Ja więzień z celi numer 8,
Patrzę na ten szary świat,
Na ten świat ogarnięty złem,
Ja więzień z celi numer 8
Spoglądam z zza krat,
I bez obawy Wam powiem,
 Dobrze jest jednać się z Bogiem.

Mam 30 lat, na imię mam Adrian. Nie powiem Wam, że za murami znalazłem Boga, bo tak nie jest. Odkąd sięgam pamięcią, to zawsze byłem osobą wierzącą. Tu za kratami odnalazłem właściwy tor,  którym mam podążać…Chociaż zawsze byłem osobą wierzącą to modliłem się jedynie w chwilach strachu, i zawsze to była chwila jak sam coś przeskrobałem i miałem ponieść tego konsekwencje. A całe zło, które we mnie siedziało, było już od najmłodszych lat we mnie, od najmłodszych lat !
Historia mojej rodziny to jeden wielki koszmar. Pamiętam ja rodzice pili alkohol, w domu były nieustannie kłótnie, bójki itp. Ja i moje rodzeństwo musieliśmy patrzeć na to wszystko. Bardzo często za byle błahostkę byliśmy bici przez ojca, chociaż w moim przypadku zazwyczaj było zawsze trochę winy. Najczęściej byłem bity za kradzieże. Już w zerówce, czyli w wieku 6-ciu lat potrafiłem odczekać aż ojciec się upije do nieprzytomności. Ponieważ zawsze, ale to zawsze zasypiał przy stole, więc dla mnie była to dobra okazja aby wziąć mu ostrożnie z kieszeni parę groszy. Wołałem wtedy rodzeństwo i chodziliśmy wtedy po sklepach. Mogliśmy się wreszcie najeść porządnie, nawet było nas stać na jakieś zabawki. Później zawsze ojciec  dowiadywał się w jakiś sposób, że pieniądze które mu się nie zgadzały – ja mu ukradłem. Za ten czyn czekało mnie zawsze jedno – potężne lanie !!! Ojciec kazał mi przełożyć się przez krzesło, ręce i nogi  przywiązywał do nóg krzesła, po czym bił mnie kablem od żelazka. Nie życzyłbym tego nikomu, a byłem tak bity niejednokrotnie.

 Tygodniami chodziłem nawet na wagary, bo miałem pręgi od kabla na całym ciele. Matka się wyprowadziła do ojczyma, dwie moje siostry, żeby z nią zamieszkać musiały uciec z domu. Z ojcem i jego matką (śp. Babcią) zostałem ja i brat starszy ode mnie. Zaszły od tego momentu zmiany, ojciec stoczył się jeszcze bardziej, nic go nie interesowało chociaż pozornie wydawało się, że się zmienił mimo tego picia na lepsze. Zabrał nawet któregoś lata mnie i brata do rodziny nad morzem. Kupował nam więcej różności, ale były  to tylko momenty, bo potrafił się w domu nie pokazywać nawet do tygodnia.

 Przez moje dzieciństwo nie poszedłem nawet do Pierwszej Komunii Świętej razem z klasą. Nie zostałem właśnie dopuszczony przez wagary które, były nieraz konieczne. Zostałem przyjęty dopiero po roku, dzięki opiece i naukom religijnym Kochanej Cioci Irenki (w zasadzie obcej osoby), która pewnego dnia przyszła do domu i powiedziała, że będzie mnie przygotowywała do Pierwszej Komunii Świętej. Samą uroczystość niezbyt dobrze  wspominam, bo była tylko rodzina  ojca. Matka z siostrami nawet nie była w kościele, ale to chyba ze strachu przed ojcem i jego rodziną, bo popołudniu brat powiedział mi, że mam iść na chwilę do matki. Mieszkała parę domów dalej. Oczywiście wymknąłem się, dostałem prezent i pogadaliśmy.
 Pewnego dnia zjawiła się policja chodziłem wtedy do czwartej klasy szkoły podstawowej. Zabrali mnie i brata, zawieźli do ojca, kazali się nam pakować. Okazało się że sąd przyznał opiekę nad dziećmi Matce. Po czterech latach rodzeństwo było razem. (Chociaż i tak się co dzień się widzieliśmy bo mieszkaliśmy parę domów od siebie).

 W późniejszym okresie matka dostała mieszkanie z urzędu większe od tego co miał ojczym. Nowa ulica, nowi koledzy, nowe możliwości. Pierwsze starcia z policją, kradzieże, bójki. Zaczęło się dla mnie nowe życie. Byłem już coraz starszy, zacząłem być tzw. wychowankiem ulicy. Ulica zaczęła mi pokazywać co to jest życie. Im gorzej się to „życie” kończyło, tym bardziej mnie fascynowało. Zaczął wchodzić w życie moje alkohol i wąchanie kleju. Z kleju szybko zrezygnowałem, został tylko alkohol i coraz większe staczanie się na drogę zła. Mało tego, że byłem już dość zdemoralizowany, to jeszcze zaczęliśmy z kolegami skinować. Łyse głowy, ciężkie buty… Coś nowego,  ale to „coś” niosło za sobą coraz większą przemoc.

 Przyszedł okres gdy miałem lat 16-ście. Wyprowadzka z matką na wieś. Zmarł mój dziadek, a babcia potrzebowała opieki, dlatego matka musiała się przeprowadzić, a ja jako najmłodszy z rodzeństwa i niepełnoletni, musiałem jechać z nią. Był to niezbyt udany etap mojego życia. Mała wieś za Szczecinem. Żadnej pracy, perspektyw, nic. Ale tam za to zacząłem na powrót chodzić do kościoła. Tam, jako osoba pełnoletnia poszedłem do bierzmowania.

 Lipiec 1999, poczta i – wreszcie korzyść z życia, spełnienie marzeń z lat dzieciństwa. Bilet do wojska ! Przebieg służby prawie idealny (prawie) Miałem nawet zostać w armii, złożyłem papiery,  przyjęte do służby nadterminowej, lecz jeden incydent z ostatniego poligonu w Drawsku Pomorskim, zaprzepaścił  wszystko…

Powrót do cywila? Postanowiłem założyć rodzinę. Powróciłem do mojego miasta, gdzie mieszkałem od urodzenia. Pojawiła się w moim życiu Kasia (moja żona), z którą praktycznie znaliśmy się od dawna, od dziecka. Żyliśmy w grzechu, bez ślubu. Urodziła się nam córka Wiktoria, lecz życie wystawiło nas na próbę. Żona z córką mieszkały u rodziców, ja bez pracy błąkałem się od siostry do siostry, po różnych sąsiadach. Z braku pieniędzy ponownie zaczęły się kradzieże i włamania. Z żoną i córką widywałem się po znajomych, bo obecni teściowie nie chcieli mnie po prostu znać. Bez pracy aby pomóc Żonie, by miała chociażby na mleko, musiałem coraz więcej kraść. Dopuszczałem się coraz poważniejszych kradzieży.

 Pierwsza nauczka, rok 2002 i sankcja ponad 7 miesięcy. Powrót na wolność z wyrokiem w zawieszeniu. Poprawa w zachowaniu żadna. 41 dni po opuszczeniu aresztu omal bym nie miał powrotu za kraty. Dzięki modlitwie na izbie zatrzymań w nocy, Sąd przydzielił mi jedynie dozór policyjny. Następne zawiasy ale i  próba wzięcia się w garść      i kolejna praca dorywcza.

 Początek 2003 roku był kluczowy. Pewnego dnia żona przyprowadziła mi z rana córkę do znajomych gdzie spałem, bo jechałem na wieś do matki i chciałem córkę wziąć ze sobą, żeby poczuła i zaznała życia na wsi. Lecz teściowa zagroziła żonie, że jak mi da córkę, to wyrzuci ją z domu i tak też się stało. Zacząłem się włóczyć z żoną i córką po znajomych. |Trwało to około czterech miesięcy. Oczywiście byłem bez pracy, byłem zmuszony kraść aby mieć z żoną i córką co zjeść. W trakcie tułaczki żona zaszła drugi raz w ciążę. Po trudach udało nam się wynająć mieszkanie od znajomego. Urodził się nam syn Kacper. Żona doszła nawet do porozumienia ze swoją rodziną tak, że trochę ze mną rozmawiali. Chociaż miałem wymarzoną rodzinę, to pracę miałem tylko dorywczą. Musiałem więc gdzieś dorobić, gdzieś tzn. znowu kraść. A żeby dobrze ukraść i było więcej pieniędzy, zacząłem brać amfetaminę, żeby móc iść kraść późno w nocy, gdy wszyscy śpią. Jakoś się nam żyło, aż w końcu przyszedł dzień, gdy dostaliśmy wymówienie i musieliśmy opuścić mieszkanie. Ona z dziećmi poszła do rodziców, ja znowu miałem tułaczkę.

 Na dobicie mojej sytuacji w grudniu 2004r. żona musiała się wyprowadzić z domu ale miała miejsce w MEDARZE, w domu samotnych matek. Po trzech miesiącach przenieśli Żonę z dziećmi do Gniezna do ośrodka CARITAS. W tym czasie ja nadal kradłem, bo nie mogłem znaleźć pracy. Codziennie jeździłem do żony i dzieci na tzw. gapę pociągiem. Latem 2005r. żonę z dziećmi znowu przenieśli do domu samotnej matki, tym razem  w Żołędowie. Tam miała być ok. pół roku i po tym czasie dostać mieszkanie.

 Na drugi dzień jak przywiozłem żonę do Żołędowa z samego rana zatrzymała mnie policja. Poszedłem za kraty. Z Bydgoszczy przewieźli mnie do Nowogardu. Tam właśnie doszło do mnie,  co to znaczy wiara w Boga i modlitwa.

 W trakcie tamtej odsiadki pewnego jednego dnia wracając ze spaceru, oddziałowy powiedział mi, że mieli telefon i kazali zadzwonić do szpitala. Wcześniej dali mi numer telefonu. Po odebraniu telefonu przez żonę dowiedziałem się, że mój syn choruje na nowotwór złośliwy. Miał guza w jamie brzusznej bardzo zaawansowanego. Lekarze dawali mu 13% na przeżycie. Jak  już wspomniałem wtedy dopiero otworzyłem oczy i na dobre zacząłem się modlić. Mam nawet jedną modlitwę którą odmawiam co wieczór od dnia dzisiejszego. Po moich modlitwach, Bóg pozwolił mi spędzić Święta Bożego Narodzenia w szpitalu, bo dostałem z Sądu 5 dni przepustki. W pierwszym momencie jak zobaczyłem syna mało nie zemdlałem, nie poznałem swojego syna. Takie były zmiany u niego po chemii. Zacząłem się mocniej modlić.  Syn wygrał z chorobą, chociaż jest pod ścisłą opieką lekarzy.

 Po opuszczeniu Zakładu Karnego. Dostałem wreszcie pracę normalną w chwili gdy syn leżał z żoną w szpitalu, a trwało to 1,5 roku. Córką opiekowała się moja teściowa. Dostaliśmy mieszkanie, pracowałem legalnie, teście mnie wreszcie zaakceptowali. W 2007 r. w pierwszy dzień Świąt Bożego Narodzenia pobraliśmy się z żoną. Teraz żyjemy zgodnie z prawem kościelnym jak chce  Bóg.

 Zmieniłem kilka razy pracę. Jeszcze raz zdarzyły mi się małe kradzieże ale skończyły się dla mnie czasy kolegów, alkoholu, narkotyków. Jest tylko rodzina. Teraz gdy już mam życie poukładane Bóg pozwolił mnie posłać znowu piąty raz za kraty. Tak bynajmniej sobie tłumaczę, a powodem mego posłania jest to, żebym wyszedł i miał czyste konto i sumienie, aby nigdy tu już nie wracać. Zanim zacząłem tą odsiadkę Żona zaszła po raz kolejny w ciążę. Urodziła mi się córeczka, którą nazwaliśmy Zuzia. Ma obecnie niecały miesiąc.  Mamy teraz trójkę dzieci. Przez moje szare życie, które tak się potoczyło, wiem którą drogą mam iść. Chociaż jestem tu w zakładzie, nie martwię się o rodzinę, bo wiem że Bóg nad nimi czuwa.

 Ja osobiście czuję wsparcie Boga, rodziny  i znajomych. W trudnych momentach miałem bardzo duże wsparcie psychiczne od kochanej cioci Irenki, o której pisałem na początku. Od kiedy tylko pamiętam, nam pomagała i pomaga. Z kolei w więzieniu jest  Tomek, z mojego miasta i z mojej ulicy, który nieraz mnie wspiera i zawsze pomoże. Więc oprócz Boga mam wsparcie z wolności i tu z zakładu a wiara i modlitwa sprawiła, że ostatnio otrzymałem  pięciodniową przepustkę, dzięki której miałem rodzinę przy sobie i widziałem najmłodszą córkę. Teraz cierpliwie czekam aż będę mógł do nich wrócić – na dobre.
 Swoje świadectwo chcę zadedykować osobom, które mnie namówiły do zrzucenia tego wszystkiego z siebie, do napisania tego świadectwa  i są moim wsparciem.

 To dla was Aniu, Tadziu, Ciociu kochana, Tomku, Andrzeju i Adamie

Niech Bóg ma was pod swoją opieką

Adrian – kolega spod celi.

Jeśli spodobał Ci się ten wpis, rozważ jego skomentowanie lub skorzystanie z RSS-a i w konsekwencji otrzymywania informacji o nowych wpisach do Twojego czytnika.

Komentarze

Brak komentarzy.

Zostaw komentarz

(potrzebny)

(potrzebny)