Moja pielgrzymka ciągle trwa…

Jasna GóraSzczęść Boże ! Nasza wielka przygoda – pielgrzymka do Częstochowy, do kolebki Jasnogórskiej Pani rozpoczęła się w piątek o godzinie 14-tej. Już kilka godzin przed wyjazdem dało się wyczuć podniecenie,  ciekawość przed spotkaniem z naszą Mateczką. Gdy ruszyliśmy atmosfera pomiędzy pątnikami była pełna zadumy, oczekiwania. Jechał z nami pan kierownik kwatermistrzostwa i pan Ryszard wychowawca, ale o dziwo wszelkie bariery przestały istnieć. Żaden z nas nie widział w osobie pana wychowawcy Ryszarda – klawisza, funkcjonariusza S.W..

Cała podróż do Częstochowy trwała sześć i pół godziny. W tym czasie odmówiliśmy tajemnice bolesne różańca i śpiewaliśmy pieśni. Na gitarze grał nam nasz kolega- brat z OZ. Z początku nasz śpiew się trochę nie „kleił”, brakowało ,chyba nam wszystkim, bardzo Ani. Ona była zawsze takim dobrym duchem każdej pielgrzymki, ale byliśmy z Nią duchem w Bydgoszczy, gdzie musiała zostać. Do Częstochowy przyjechaliśmy około godziny 20,20. Zaraz potem udaliśmy się do Kaplicy Matki Bożej na apel Jasnogórski w Kaplicy. Pomimo całej masy wiernych udało nam się wejść do środka.  Urzekło mnie wnętrze świątyni, przepiękne obrazy na ścianach. To co najbardziej skłoniło mnie do refleksji nad moim życiem  to widok na lewej i prawej ścianie niedaleko wejścia głównego, a mianowicie kule zawieszone na ścianach, laski, laski dla niewidomych. One wszystkie przepasane były różańcami. Tworzyły  niesamowity obraz. Obok kul-lasek poprzyczepiane były blaszane wisiorki – blaszki z wygrawerowanymi oczami, rękoma, nogami i innymi organami. Widok ten wywoływał dreszcze na całym ciele. Przecież za każdą kulą – laską czy też blaszką z wygrawerowanym organem krył się człowiek, który dzięki swojej wierze został uzdrowiony przez Jasnogórską Panią. Wtedy od razu przypomniał mi się werset z Ewangelii: „wstań córko i idź, twoja wiara Cię uzdrowiła”. Boże , jak wielka była ich wiara w Jasnogórską Panią, jakże wielkie było ich oddanie Matce Przenajświętszej. Jakże musieli się zawierzyć  Matce Bożej, że uprosiła Swego Syna, by okazał miłosierdzie i uzdrowił tych ludzi (czego dowodem są te akcesoria na ścianach). Nie można zapomnieć również o różańcach wiszących na ścianach, które przeplatały kule-laski-blaszki. Różańce te mówiły, wręcz krzyczały do mnie ze ścian świątyni:  to za pomocą najpotężniejszego oręża Różańca Świętego można uprosić u naszej Matuchny wszystko, bo jak pisał Święty Bernard: „Pomnij o Najświętsza Panno Maryjo, że nigdy nie słyszano , abyś opuściła tego, kto się do Ciebie ucieka, Twej pomocy przyzywa, Ciebie o przyczynę prosi. Tą ufnością ożywiony, do Ciebie, o Panno nad Pannami i Matko biegnę,  do Ciebie, przychodzę,  przed Tobą jako grzesznik płaczący staję. O Matko Słowa, racz nie gardzić słowami moimi, ale usłysz je łaskawie i wysłuchaj. Amen”. Modlitwa, która mówi wszystko.

 Na wprost wejścia, odgrodzony grubą kratą jest przepiękny ołtarz, na którym w centralnym miejscu jest cudowny obraz Matki Bożej. Widniejąca na nim Matka Boża jest udekorowana przepiękną koroną.  Jej twarz z dwoma ciętymi ranami, twarz zatroskana, pełna zadumy, jednocześnie budząca zaufanie, emanuje wielką radość, słodycz, miłosierdzie. Widziałem już wiele obrazów Matki Bożej ale żaden nie wywarł na mnie takiego wrażenia, żaden nie emanował takim ciepłem. Nie umiem ubrać w słowa tego co czułem i czuję. Ta pobożna atmosfera panująca w świątyni przed cudownym obrazem chciałbym by trwała zawsze. Twarz Matki Bożej była widoczna tylko na klęcząco. Człowiek, który klęczał  mógł się napawać pięknem Matki Bożej. Ta krata jakże wymowna, jakże wiele mówiąca, Ja człowiek zza krat przychodzi przed Najświętsze Oblicze naszej Mateczki. Czy je4stem  godny by stąpać po tej świętej ziemi, by stać przed Obliczem Najświętszej Matki, by powtarzać słowa modlitwy: „Zdrowaś Marjo…”, by oczekiwać cudu. Ale Matka Boża jest łaskawa i był cud, bo cudem należy nazwać nasz wyjazd w tak licznej grupie więźniów do Jasnogórskiej Pani.

W tym miejscu pragnę podziękować tym wszystkim, dzięki którym było to możliwe a w szczególności Bractwu Więziennemu ARKA za zorganizowanie tej pielgrzymki, Panu Dyrektorowi Aresztu śledczego w Bydgoszczy za wyrażenie zgody na nasz wyjazd i wydelegowanie autokaru, w szczególności należą się podziękowania Panu Wychowawcy i Panu Kierownikowi Kwatermistrzostwa za wyjazd z nami i nadzór, jak również wszystkim sponsorom i osobom zaangażowanym za wsparcie finansowe i duchowe naszej pielgrzymki.

Po skończonym apelu Jasnogórskim udaliśmy się do Domu Pielgrzyma na spoczynek. Tam do późnych godzin nocnych rozmawiałem z Bratem Tadeuszem dzieląc się swoimi spostrzeżeniami. Rozmawialiśmy o cierpieniu, o łasce Bożej, o Miłosierdziu. Nazajutrz o 7,30 udaliśmy się na pyszne śniadanie na stołówkę. Zaraz po śniadaniu udaliśmy się do Kaplicy Najświętszej Marii Panny na Mszę Świętą. Jeszcze przed   Mszą Świętą  udaliśmy się z Bratem Tadeuszem i Panem Wychowawcą do Kaplicy Sakramentu Pokuty do Spowiedzi Świętej. Wtedy to zrozumiałem, widząc klęczącego Pana Wychowawcę obok mnie, jak Pan Bóg wymazuje różnice poprzez Swoje Miłosierdzie pomiędzy ludźmi o różnym statusie. Ja łotr, drań, który przez całe życie urągał Bogu myślą, słowem i uczynkiem stoję przed Obliczem Matki Bożej w tym samym miejscu co zacny człowiek, który przez całe życie żył w zgodzie z Panem Bogiem.

Zaraz po Spowiedzi Świętej udaliśmy się na Mszę Świętą do kaplicy Matki Bożej, gdzie udało mi się stać z przodu i widzieć cudowny ołtarz, na którym króluje obraz Najświętszej Pani. Cała kaplica była wypełniona wiernymi. Na ich twarzach było widać zadumę i zarazem radość,  nadzieję i przede wszystkim wiarę. Ta panująca w Kaplicy atmosfera , niczym niezmącona wewnętrzna radość i powaga – nie wiem jak ubrać w słowa to co czułem, to co emanowało z twarzy wiernych. W tym miejscu był tylko Bóg i Jego Matka. To było bardzo piękne. Teraz, gdy upłynęło od tego czasu już sporo dni, gdy piszę to świadectwo na ciele mam „gęsią skórkę” i chcę przeżywać to raz jeszcze.

Zaraz po Mszy Świętej udaliśmy się do Kaplicy Świętego Józefa na przedstawienie, spektakl wystawiony przez więźniarki, dziewczyny odbywające karę więzienia. Przed spektaklem miałem mieszane uczucia, zadawałem sobie pytanie, czy nie lepiej by było coś pozwiedzać. Ale jakże myliłem się. I znowu Matka Boża pokazała mi, gdzie jestem i wytknęła mi moją pychę, moją pewność  siebie. W jednej chwili stałem się maleńkim, bezbronnym człowieczkiem, którego przygniotła tragiczna przeszłość. Dziewczyny wystawiły sztukę  o nieuleczalnie chorej dziewczynce, która dzięki wolontariuszce godzi się z Bogiem i z losem jaki wyznaczył jej Bóg – pisząc do Niego listy. Myślałem, że pogodziłem się już ze śmiercią swojej córeczki, że umiem ze spokojem o niej rozmawiać, myśleć, ale jak bardzo się myliłem. Od samego początku sztuki wystawianej przez dziewczyny, łzy same cisnęły mi się do oczu.  Myśli, czy moja Ania przed śmiercią miała takie same obawy, czy też choć przez chwilę pomyślała o mnie. Gdy zobaczyłem puste łóżko po dziewczynce ze sztuki, nie wytrzymałem, musiałem wyjść na zewnątrz, nie słyszeć dialogów, chciałem, musiałem choć przez chwilę być sam. Gdy skończyła się sztuka i brawa ucichły wszedłem  z powrotem do Kaplicy przybity ogromnym bólem rozrywającym mi serce. Wtedy to zaczął swój wykład Brat z Bractwa Więziennego ze Szczecina.. Opowiadał on o Dobrym i Złym Łotrze i wtedy znowu nasunęło mi się pytanie. Jakim Łotrem ja jestem, tym dobrym łotrem Dyzmasem czy też tym złym. Tym, któremu Pan Jezus wybaczył i z którym kroczy drogą sprawiedliwości i pobożności, czy też tym złym, który jest zaślepiony swoją pychą, swoim ego, który próbuje kroczyć swoją drogą, drogą zła, która prowadzi do Nikąd. Ja nie jestem w stanie sam sobie odpowiedzieć na to pytanie. Mam nadzieję, że kiedyś z Bożą pomocą otrzymam na nie odpowiedź.

Po wyjściu z Kaplicy Św. Józefa udaliśmy się na obiad, zaraz po nim udaliśmy się na Wały, na Drogę Krzyżową wystawianą przez Bractwo Więzienne. Droga Krzyżowa była tak realistycznie przedstawiana, że chwilami miałem wrażenie jakbym dźwigał ten Krzyż razem z Jezusem. Pomimo przenikliwego zimna i padającego śniegu krok za krokiem, Stacja za Stacją kroczyliśmy wspólnie z pielgrzymami z całej Polski. 

Po Drodze Krzyżowej przed pomnikiem Jana Pawła II odmówiliśmy Koronkę  do Miłosierdzia Bożego. Znowu to niesamowite wrażenie, radość i wielkie szczęście, które mnie spotyka, jak wielką łaską mnie Bóg obdarzył, że ja nędzny grzesznik , mogłem  przybyć  do „wrót raju” do Kolebki Najświętszej Matki i powtarzać wraz z innymi: „Dla Jego bolesnej Męki Miej Miłosierdzie dla nas i świata całego”. Czy jestem godny Miłosierdzia ?

Zaraz po tym udaliśmy się do autokaru i ruszyliśmy w drogę powrotną. Pełni zadumy, z modlitwą na ustach i w sercu. Gdyby ktoś spytał się mnie czy na tym nasza pielgrzymka na Jasną Górę się skończyła, odpowiedziałbym, że nic bardziej mylnego. Ta pielgrzymka trwa nadal, bo to Święte Miejsce na stałe zagościło w moim umyśle, moim sercu, do którego zaglądam codziennie. Gdyby ktoś spytał mnie czy było warto, odpowiem tak, że warto było przyjść  nawet chociażby do więzienia dlatego by móc być na Jasnej Górze i doznać tych wszystkich uczuć.
 Była to moja pierwsza pielgrzymka na Jasną Górę ale na pewno nie ostatnia. Ona Trwa.

                                                                     Andrzej Szlachtowicz.

Jeśli spodobał Ci się ten wpis, rozważ jego skomentowanie lub skorzystanie z RSS-a i w konsekwencji otrzymywania informacji o nowych wpisach do Twojego czytnika.

Komentarze

Brak komentarzy.

Wybacz, komentowanie tymczasowo zabronione.