Doznałem Miłosierdzia Bożego…

Urodziłem się 35 lat temu. Mam na imię Waldek i poza tym, że po drodze którą do tej pory przebyłem, zgubiłem gdzieś sens życia i wiarę  w dom, rodzinę, Boga,  nie potrafię nic więcej o sobie chyba  napisać… A właściwie to nie tak, bo wiarę w Pana Boga miałem zawsze. Zaszczepili mi ją moi rodzice, którzy wiem, że chcieli dla mnie jak najlepiej i za to chciałbym im teraz podziękować. Modlę się o Nich codziennie.

Jak już napisałem, pochodzę z rodziny wierzącej i (do czasu) praktykującej. Do czasu, bo ojciec mój nie żyje już 10 lat, a z mamą utrzymuję bardzo rzadkie kontakty i mało rozmawiamy na tematy wiary. Kto wie, może czas już i to zmienić? Przez całe moje „dorosłe” życie tj. odkąd wyjechałem do szkoły górniczej, jakoś unikałem jakby kontaktów z Bogiem i wszystkim co z Nim związane. Nie mówię tu, że  wyparłem się Go, czy też odwróciłem się od Niego. Nie, ja po prostu wolałem stanąć gdzieś z boku, w cieniu, czy też schować się tak jakby za róg i wiedzieć o co chodzi, nie przyznając się jednak do tego. Ale gdy tylko działa się mnie lub komuś z mojego bliskiego otoczenia jakaś krzywda, wiedziałem gdzie skierować słowa modlitwy, do kogo zwrócić się o pomoc. Potrafiłem wtedy obiecać „złote góry” i co tylko przyszło mi do głowy, byleby wszystko jakoś się ułożyło i skończyło dobrze. Modliłem się gorliwie i z zapałem, ale gdy dziś oglądam się za siebie i wspominam to wszystko, to wiem że moje modlitwy prawie nigdy nie pochodziły z głębi mojego serca. Albo raczej, te moje „obietnice” nie były dosyć szczere i prawdziwe, bo z reguły wszystko w końcu układało się po mojej myśli, a ja oczywiście zapominałem o tym co obiecywałem usprawiedliwiając się sam przed sobą, że już dosyć się namodliłem, że jak tylko będę miał czas i nadarzy się okazja, to postaram się dotrzymać danego słowa. I tak, z dnia na dzień zapominałem o tym. Powoli, ale też konsekwentnie zapominałem również o Panu Bogu, Jezusie, Maryji i robiłem coraz to gorsze rzeczy. Wyrządziłem dużo krzywd moim bliskim a także i obcym ludziom. Byłem bardzo złym człowiekiem… Dziś jestem inny, lepszy i modlę się z całego serca abym mógł stać się jeszcze lepszy i żebym wytrwał w tym moim postanowieniu już do końca życia.
 W końcu trafiłem do więzienia. Tam też pierwszy raz  spotkałem „Bractwo Więzienne”. Nie mogę napisać, że był to dla mnie wielki przełom i że od tego czasu moje życie się zmieniło, że się „nawróciłem”. Nie, nic takiego się nie stało. Życie toczyło się dalej, a ja nadal byłem tym „złym”. Po prostu, nie brałem tych spotkań zbyt poważnie. Miałem zbyt krótki wyrok, a poza tym dużo się zmieniło wtedy (na gorsze) w moim życiu. I tak się jakby rozmijałem z Bogiem… Wstyd przyznać, ale po prostu nie miałem czasu na to żeby choć pomyśleć o tym, żeby się pomodlić. Mój wyrok się skończył i wróciłem do pustego domu, bo żona też zdążyła się ode mnie odwrócić. To chyba od tamtego czasu zacząłem sobie powoli „przypominać” o Panu. I choć wróciłem tutaj, za mury więzienne, to wiem, że Bóg jest tu ze mną. Słyszy każde moje słowo, każdą moją myśl. Tutaj również spotkałem braci i siostry z „Bractwa”. Jest tu całkiem inaczej. Co tydzień jest msza święta, a co dwa tygodnie spotkania z „ARKĄ”.  I właśnie odkąd zacząłem regularnie spotykać się na mszy św  i na spotkaniach „BRACTWA”, zacząłem  modlić się wraz z Nimi, poszedłem do spowiedzi z całego mojego życia, kamień spadł z mego serca. Nie potrafię Wam opisać tego co czuję! To się zaczęło z dnia na dzień. Po prostu jestem szczęśliwym człowiekiem!!! Może sobie ktoś pomyśleć – Jak można być szczęśliwym  w więzieniu??! Można!!! Wystarczy chcieć. Modlić się, zaufać Panu i podejść do życia pozytywnie. Cokolwiek się dzieje, czy jest to dobre, czy złe, ja modlę się do Pana Jezusa. Bóg widzi jaki jestem, słyszy moje modlitwy i wiem, że chce dla mnie dobrze. Staram się żyć tak, żebym sam przed sobą się za to nie wstydził, podchodzę do wszystkiego z wielkim optymizmem, z uśmiechem na twarzy, dzień zaczynam od modlitwy i kończę modlitwą. Dziękuję codziennie Panu Bogu, Jezusowi i Maryi, że w zdrowiu przeżyłem kolejny dzień i proszę Ich o to żeby dodali mi  wiary i wytrwałości na kolejne dni tutaj. Modlę się również o to, żebym po wyjściu nie „zbłądził” znów i nie zapomniał o Panu Bogu, który kocha mnie wielką miłością pomimo tego jaki byłem. Ufam mu bezgranicznie i proszę aby codziennie to On wskazywał mi drogę i jej kierunek. Żeby zawsze był przy mnie i żeby codziennie obdarowywał mnie swoim miłosierdziem. Codziennie odmawiam KORONKĘ DO MIŁOSIERDZIA BOŻEGO, MODLITWĘ W GODZINIE MIŁOSIERDZIA jak również AKT ZAWIERZENIA MIŁOSIERDZIU BOŻEMU i moją  ulubioną modlitwę o UPROSZENIE ŁASK ZA PRZYCZYNĄ ŚWIĘTEJ FAUSTYNY. Modlę się również swoimi własnymi słowami, bo wiem że Pan Bóg wysłucha ich również, słyszy je, rozumie i cieszy się, że nawet jeśli nie znamy za wiele słów modlitw próbujemy „porozmawiać” z Nim tak jakby po swojemu.
Takie właśnie jest teraz moje życie i taki jest mój „przepis” na bycie szczęśliwym, pomimo wiejącego w oczy wiatru.
Tak więc chciałbym na koniec, jeszcze raz swoimi własnymi słowami podziękować Panu Bogu za Jego wielkie miłosierdzie, za to, że w zdrowiu i z uśmiechem przeżywam każdy dzień tutaj. Dziękuję również za łaskę wiary i wytrwałości, którą mi okazuje oraz za Jego wielką nieskończoną miłość i dobroć, którą mi daje. Ufam Tobie Panie bezgranicznie i Tobie powierzam całe moje życie jak również duszę i ciało!   AMEN
Już na zawsze ufający Bogu Miłosiernemu
Waldek

Jeśli spodobał Ci się ten wpis, rozważ jego skomentowanie lub skorzystanie z RSS-a i w konsekwencji otrzymywania informacji o nowych wpisach do Twojego czytnika.

Komentarze

Brak komentarzy.

Wybacz, komentowanie tymczasowo zabronione.